Zły sen

Pani Magdo, niech Pani wygra tę walkę o siebie, ma Pani tak wiele do zrobienia! – mówiła moja wykładowczyni pod koniec zeszłego roku akademickiego. A ja mam wrażenie, że wciąż stoję w miejscu…

Kolejny wieczór, gdy nie mogę do niczego się zebrać. Gdy zmęczenie wygrywa, a czas mija, zbliżając mnie do ulubionego momentu dnia – tego momentu, gdy wreszcie zasypiam i przenoszę się do lepszego dla mnie świata. Świata snu, w którym przeżywam życie z człowiekiem bliskim memu sercu. Żyję we śnie, próbuję przetrwać w rzeczywistości.

Rzeczywistości, która przez ostatnie miesiące obdarzyła mnie zakończeniem pracy w burzliwych i nieprzyjemnych dla mnie okolicznościach. Rzeczywistości, w której zmarły dwie osoby w mojej rodzinie, a wśród znajomych znalazły się takie, które przegrały walkę z rakiem… W której straciłam zaufanie do ludzi, których błędnie nazywałam przyjaciółmi i z trudem buduję relację z innymi, którym rzeczywiście mogę zaufać… W której boję się wsiąść do samochodu po tym, jak na przestrzeni trzech tygodni dwóch kierowców swoją nieuwagą przysporzyło mi wiele problemów… W których moje plany rozpadły się jak domek z kart, a próba ich wskrzeszenia przyniosła jeszcze większy zawód… W której bliska mi osoba przeszła poważną operację, wylądowała znowu w szpitalu, a teraz na szczęście zdrowieje – jednak znowu mnie rani swoim postępowaniem.

Przez dwa miesiące wydarzyło się tak wiele złego, a dziś zupełnie rozłożyłam się i zamiast podjąć działania, by wyjść z tego dołka, po prostu siedzę i płaczę… Płaczę z bezsilności, z poczucia zagubienia, płaczę, ponieważ walczę na przekór wszystkiemu, pomimo braku sił, przegrywam, a i tak słyszę, że za mało się staram, że przesadzam, że inni mają gorzej… jeśli macie zamiar w taki sposób mnie pocieszać, lepiej się zamknijcie, nie musicie mi jeszcze dodawać swoimi słowami bagażu… Wystarczy, że sama czuję się jak wielkie zero.

Po tym wszystkim jestem chodzącą raną, wszystko, co się zabliźniło okazało się być zaropiałą tkanką potrzebującą natychmiastowej interwencji, co myślałam, że mnie nie dotyka, zaczyna dotykać ze zdwojoną siłą. Jedyne, co w tym wszystkim potrafię robić, to modlić się… choć nie mam w sobie wiary, by dało to jakikolwiek efekt, ale z drugiej strony myślę sobie, że może Stwórca zlituje się wreszcie widząc, że jego dziecię mimo wszystko jeszcze się modli…

Czy słowa pocieszenia mogą pomóc? Nie wiem… Tyle razy prosiłam o pomoc i zostawałam z niczym, że przestałam liczyć na innych… Tyle razy nie potrafiłam przyjąć pomocy że zaczynam wątpić, czy potrafię…

Jest jeden człowiek, który potrafi mnie nastawić na właściwe tory, ale zdaję sobie sprawę z tego, że nie może być moją niańką… Staram się do niego nie pisać, by nie zajmować jego cennego czasu, by być jak najmniejszym ciężarem dla niego, choć często nie wytrzymuję – i jednak coś skrobnę. Zdarza się, że piszę dłuższe wypowiedzi, które potrafi on celnie jednym zdaniem spuentować – i zmienić moje postrzeganie na tyle, że kolejny dzień czy dwa działam… Czerpię więc z każdego naszego spotkania, tęsknię do kilku niesamowitych wieczorów z winem i długimi rozmowami, które teraz wspominam i które dają mi siłę… Pamiętam słowa, które wypowiadał i które rzeczywiście zaczęły zmieniać moją rzeczywistość, dzięki którym wciąż idę z uporem do przodu, choć wszystko zdaje się kończyć…

Dlatego też kończę już ten wpis. Myśli udało się nieco uporządkować, czas podjąć próbę działania… Nawet, jeśli za kilka minut znowu wybuchnę płaczem, przynajmniej chwilę podziałam, znów powalczę… o zmianę… O to, by wyjść z tego dołka, by uporządkować swoje życie, zacząć na nowo…

 

Źródło zdjęcia: Dario Cogliati via Foter.com / CC BY-NC-ND

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone