Wracając do punktu wyjścia

Depresji towarzyszą zwykle myśli samobójcze. Pojawiają się, ponieważ w pewnym momencie choroby śmierć wydaje się być jedynym wyjściem, pozwalającym na ostateczną ucieczkę przed bólem.

Wróćmy jednak do początku. Momentu, w którym depresja bądź inna choroba zaczyna zabierać siły witalne. Z dnia na dzień, z tygodnia na tydzień jesteś coraz słabszy, coraz mniej rzeczy Cię cieszy. Wydajność spada, zarówno w pracy / na uczelni, jak i w domu. Nawet odpoczynek nie pomaga już zregenerować sił.

Zwykle przez ileś miesięcy, zachęcany przez bliskich Ci ludzi walczysz. Robisz to, choć widzisz w tym coraz mniej sensu. Przegrywasz z własnym ciałem, co budzi Twoją frustrację. Ponadto większość ludzi, których spotykasz, zupełnie nie rozumie, o co chodzi. Skoro jesteś młody / masz dobrą pracę / (i tu padają tysiące innych przyczyn) to czemu jest Ci smutno? Czemu nie weźmiesz się w garść? Może jesteś po prostu leniwcem, leserem, któremu nie chce się na siebie pracować?

Z jednej strony ciało Ciebie stopuje, z drugiej strony ludzie dookoła Ciebie próbują Cię pchać do przodu. Sam wiesz, że coś musi być nie tak, w końcu kiedyś miałeś siły na coś więcej. Wiele więcej. A teraz?

***

Wielokrotnie myślałam o śmierci. Szczególnie ciężko było, gdy zauważyłam, jak bardzo stopniały moje możliwości intelektualne. Depresja sprawiła, że z człowieka czytającego ponad 80 książek rocznie zamieniłam się w kogoś, kto wmusza w siebie ledwo kilka. Przeglądanie treści slajdów na studiach stawało się nie lada wyzwaniem. Czytanie literatury czy do zajęć, czy do magisterki do niedawna było zupełnie poza moim zasięgiem.

Wyobraźcie sobie ładną dziewczynę, która ma dwadzieścia kilka lat, studiuje. Jednocześnie nie jest w stanie czytać, śpi po kilkanaście godzin na dobę, chodzi wiecznie zmęczona. Boi się wyjść z domu, ponieważ czuje, że coś jest z nią nie tak i nie chce znowu spotykać się z ludźmi, którzy nie rozumieją jej problemu. Siedzi całymi dniami na fb, próbując złapać przynajmniej namiastkę normalności w rozmowach, które jednak zwykle kończą się litanią smutków.

Życie płynęło gdzieś zupełnie poza moim zasięgiem. Liczne próby walki kończyły się fiaskiem. Wielokrotnie zasypiając marzyłam, by się już nie obudzić. Tak bardzo miałam dość mojej choroby, tego, że mimo kolejnych leków nie byłam w stanie normalnie żyć; nie chciałam już spotykać ludzi, którym wydawało się że wiem, co czuję i doradzali mi na każdym kroku, bądź innych – którym było obojętne, co się ze mną stanie.

***

Teraz, kiedy pomału wracam do życia napotykam najkoszmarniejszy mur, jaki można napotkać – niezamknięte sprawy. Projekty, które leżały latami, ponieważ nie miałam siły się nimi zająć. Mam do zrealizowania masę obietnic, o których pamiętam codziennie. Jednocześnie przyszedł czas, by pójść do przodu i zacząć na siebie zarabiać. Gdybym ukończyła już studia, byłoby mi o wiele łatwiej, niestety… Napisanie pracy magisterskiej jest jedną z tych rzeczy, które są na liście rzeczy do zrobienia.

Pracuję więc i ciągnę dwie szkoły. Wreszcie po latach znowu odczuwam przyjemność płynącą z nauki. Pomału eliminuję nieadaptacyjne schematy, które towarzyszyły mi przez lata, uczę się na nowo, jak żyć, jak pracować, jak uczyć się. Jak pogodzić te wszystkie obowiązki, jak znaleźć czas na odpoczynek…

Przez ostatnie sześć lat tylko tydzień odpoczywałam. Trudno to zrozumieć, ale mój organizm po prostu nie był w stanie odpoczywać, nawet, gdy wyjeżdżałam z domu. Po odstawieniu leków wszystko wreszcie wróciło do normy. Poprzedni, nieco dłuższy weekend zwyczajnie przespałam. Nie zrobiłam prawie nic z tego, co planowałam. Nie byłam w stanie. Organizm domaga się ode mnie relaksu na wczoraj.

Cóż, w końcu jest w stanie odpocząć…

Niestety, praca nie chce się zrobić sama, zaległości nie chcą się same nadrobić. Jestem więc rozdarta. Trzymam się jednak cudownej filozofii L. J. Gibbsa – „Just one thing at a time” – rób jedną rzecz na raz. Nie kilka. Jest jedna rzecz, na której się koncentruję. I próbuję iść do przodu…

***

Różnie jednak bywa z tą ludzką wyrozumiałością. Powiedzenie „jest ze mną lepiej” w ich świadomości widnieje jak duży znak informacyjny „jestem całkowicie zdrowa, więc nie trzeba mi w ogóle pomocy”. Choć teraz w sumie bardzo by się ta pomoc i wsparcie przydało. No ale cóż, więcej uśmiechu – i już tracę miejsce na liście potrzebujących w głowie wielu bliskich mi ludzi. A wciąż jest wiele wieczorów, gdy tępo wpatruję się w biurko i zastanawiam, co robić dalej. Ogrom zadań chwilami przytłacza mnie.

Najgorsze jest jednak gdy wreszcie otwieram się i mówię, czego konkretnie potrzebuję…

Miałam taką rozmowę jakiś czas temu. Padło pytanie – konkretne pytanie – w jaki sposób ktoś może pomóc mi w powrocie do treningów. Powiedziałam, jak konkretnie. Pomocy nie było.

Początkowo załamałam się, zostawiłam szermierkę. Odstawiłam zupełnie na bok, choć nawet już zaczynałam przychodzić na treningi.

Potem olałam sprawę. Tak, teraz już stać mnie na to, by zostawić to za sobą. Owszem, czasami wciąż o tym myślę. Że nie tak miało być. Że przecież zaufałam, i co?… Zawiniła ludzka natura, to, że człowiek czasem jest w stanie wiele powiedzieć, tylko potem przytłacza go własna rzeczywistość…

***

Kiedyś często wracałam do punktu wyjścia, do pytania – po co żyć, skoro życie jest takie koszmarne? Teraz, gdy nachodzi mnie ochota na to myślenie, szybko od niego uciekam. Jestem w stanie. Mam wreszcie siły, by samej kształtować własne życie – pomimo, iż ostatnio, a szczególnie odkąd wróciłam z warsztatów we Wrocławiu mam poczucie, jakby wylewano na mnie kubły pomyj z przeszłości. Trudno.

Skoro przetrwałam, to idę dalej.

Źródło zdjęcia: JulieFaith via Foter.com / CC BY-NC-ND

Share on Facebook1Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone