W poszukiwaniu zdrowia

Nie lubię diet. Unikam ich. W życiu nie stosowałam żadnej… aż do dziś.

A właściwie – do wczoraj. Od wczoraj jestem na diecie.

***

Wybrałam się wczoraj do pewnej pani dietetyk (pozdrawiam! ^_^). Czemu? Ponieważ dzięki depresyjnemu zajadaniu stresów, a wcześniej – dzięki hormonom przy leczeniu nowotworu przytyłam tyle, że niestety wypadałoby dla zdrowotności schudnąć. Dowiedziałam się wielu ciekawych rzeczy a dietę mam ułożoną tak, by również… przy odrobinie szczęścia móc odstawić leki na depresję!

Kupiłam elektroniczną wagę kuchenną, by móc odmierzać konkretne ilości produktów. Zanim dojdę do wprawy, minie trochę czasu. Poza tym – buszuję po sieci w poszukiwaniu ‚koszernych’ (czyt. odpowiednich do mojej diety) przepisów.

Przy okazji zakupiłam… naklejki. Motylki, sowy, piórka – rzeczy, które mile mi się kojarzą. Nabyłam również zeszyt, w którym skrzętnie zapisuję co i kiedy zjadłam. Nagrodą za dzień bez czekolady i podjadania jest możliwość naklejenia kolejnej naklejki w zeszycie. Drobiazg, a jak cieszy i motywuje 😀

Zatem wcinam. Głównie jakieś sałatki. Śmieję się, że zamieniam się w królika, tudzież KŁULIKA…

***

Podejrzewam, że już nie potrzebuję antydepresantów. Pan dietetyk uświadomiła mi, że moje różne zdrowotne problemy mogą już teraz być po prostu… efektem ubocznym brania leków. Poza tym myślę sobie że mój organizm jest nieco podtruty po tylu latach ciągłego pakowania w siebie coraz to nowych medykamentów.

We wrześniu idę nawiedzić psychiatrę i go poinformować o swoich przemyśleniach oraz o chęci odstawienia leku. Z jednej strony jestem pewna tego, co chcę zrobić, z drugiej jednak – jestem znowu na granicy wytrzymałości psychicznej. Znowu po głowie kołacze mi pytanie – ile jeszcze razy będzie mi się wydawało, że udało mi się opanować chorobę – i będzie to złudne? Ile jeszcze razy wyskoczy coś nowego? Ile jeszcze dni będę chodziła zmęczona i wierzyła, że kolejny lek, suplement, dieta itd. rozwiąże wreszcie problem?…

***

Mama zapytała mnie dzisiaj, czemu nie wstaję rano, czemu budzę się dopiero wieczorem.

Odpowiedź brzmi: ponieważ wieczorem jest cisza. Ponieważ dopiero w nocy mam kontakt ze sobą i nie muszę użerać się z ludźmi, próbować spełniać ich wymagań, szukać ich wsparcia i radzić sobie z tym, że wiele osób zamiast pomóc przeszkadza – próbując mi wcisnąć własne pomysły na wyzdrowienie. Ponieważ patrząc na ciemne niebo przypominam sobie to, co dla mnie ważne, odzyskuję siły – i działam.

Po prostu. Gdybym mogła, żyłabym w nocy. A tak muszę skakać między dniem a nocą – i to jest dla mnie bardzo męczące i niemiłe doświadczenie. Chyba, że jestem na działce. Albo w innym miejscu, gdzie czuję się samotna. Wtedy mogę pracować bez problemu. Po prostu.

Potrzebuję własnej przestrzeni…

Ale to dłuższa opowieść, nie na dziś.

PS: Przy okazji dziękuję Gorseciarom za wsparcie 🙂 Bez Was byłoby ciężko… I proszę o więcej 😉

Źródło zdjęcia: USDAgov via Foter.com / CC BY

Share on Facebook2Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone