Dzień 11 – Śpiąca Królewna

Czuję się trochę jak królik doświadczalny. Dodamy Pani ten lek, ten zabierzemy…

… i tak właśnie zostałam Śpiącą Królewną.

Najpierw z powodu niedoborów witaminy D3, które mnie bardzo pognębiły i zupełnie sparaliżowały funkcjonowanie. Tak się jednak złożyło, że wcinam ją w tabletkach, a nowe życie liczę od dnia, w którym wreszcie względnie się wyspałam. Kolejne dobre wieści przyniósł poniedziałek – odstawiamy kolejny lek! No ale… cóż…

… skończyło się na tym, że przez trzy dni praktycznie nie mogłam się ruszyć z łóżka.

Wciąż nie jest wiele lepiej. Na szczęście mam już siłę, by pójść i zrobić sobie coś do jedzenia, acz w pierwszej dobie moje żywienie opierało się na resztkach znalezionych w lodówce. Przyznam, że do tej pory tylko raz w życiu miałam sytuację, w której byłam w domu sama i nie byłam w stanie nawet przygotować sobie nic do jedzenia. Wtedy zadzwoniłam po pomoc sąsiadki. Tym razem też było blisko.

***

Wtorek. Próba wstania. Niedobrze. Do toalety docieram niemalże na czworakach, tak mi się kręci w głowie. Potem łóżko. Myśl – Aslan dostał jeść, czy nie? Ma przynajmniej siano. Da radę. Sen, potem znowu – opierając się o ściany – wychodzę. Tym razem kuchnia i lodówka. Są jeszcze dwa jajka na twardo i pomidor. Znalazł się i chleb. Jest nieźle.

***

Do środy sprawy ustabilizowały się na tyle, że byłam w stanie nawiedzić ZUS (w ostatniej chwili… ale w terminie). I zrobić zakupy. Dobre jedzonko wylądowało w lodówce, a co najważniejsze – w moim żołądku. Stanęłam więc wreszcie na nogi. Wciąż jestem oszołomiona i niezbyt wyspana, ale za kilka dni to minie.

A za dwa miesiące – zaczniemy odstawiać ostatni lek. Uwierzycie? Oczywiście, jeśli wszystko pójdzie dobrze, ale pójdzie – ja tak mówię.

Nie byłoby tego gdyby nie zmiana lekarza. Od poprzedniego słyszałam: „no wie Pani… Kilka lat najmarniej… Pewnie do końca życia…” Od tego słyszę: „to nie wszystko na raz, zobaczymy, jak teraz będzie Pani funkcjonować bez tego leku, ale prawdopodobnie obniżymy dawkę drugiego… Wygląda to dobrze…”

Gęba mi się śmieje na samo wspomnienie ostatniej rozmowy z Doktorkiem 🙂

***

Bardzo się cieszę również z tego, że udało mi się uporządkować moje szermiercze sprawy. Strasznie mi było źle z tym, że nie byłam w stanie trenować z powodów zdrowotnych, niemniej – jak zwykle – nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło… Opadł kurz po szermierczym shitstormie przełomu lutego i marca. Wiele spraw rozwiązało się samych, z biegiem czasu. Paru osobom pokazałam mentalnie środkowy palec.

Nagle okazało się, że jestem kimś.

Ale okazało się to, ponieważ ja wyszłam do ludzi z poczuciem bycia kimś. A oni to przyjęli. Więc już nie jestem pionkiem, lecz Królową. A skoro tak, to w życiowych szachach gram jako Królowa. W tych szermierczych również.

Zapracowałam na to ciężko – i dało to efekty.

***

Mijają więc dni, w których jest więcej nadziei niż beznadziei, w których jest więcej uśmiechu niż bólu, choć i ten jeszcze dokucza. Jest zmęczenie, ale ja się tym aż tak już nie przejmuję, ponieważ wiem, że potrzeba jeszcze trochę czasu.

 

Szermierka

 

Źródło zdjęcia: Daniel Rocal via Hackers / CC BY-NC-ND

Share on Facebook8Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone