Maska taka piękna…

Mówią mi, że chodzę zawsze uśmiechnięta i że mam w sobie tyle energii. Są zaskoczeni gdy przyznaję, że zmagam się z depresją. A ja po prostu na co dzień noszę maskę…

Doświadczenie pracy w mediach nauczyło mnie tego, by zawsze, przy każdej możliwej okazji trzymać fason. Show must go on. Dlatego też gdy próbuję się otworzyć w moich rozmówcach pojawia się niedowierzanie. Tyle się uśmiechasz, ten uśmiech zdaje się być autentyczny… Taki jest. Na to pracuje się latami. To nie zmienia faktu że można się uśmiechać, choć w środku wszystko krzyczy – nie chcę żyć.

***

Ostatnio odebrałam kopię dokumentacji medycznej. Okazuje się, że na depresję biorę leki już od trzech lat. To trzy lata temu system udawania, że wszystko jest w porządku załamał się. Pół roku później przerwałam studia. Miałam dość. Dość ludzi którzy – podobnie jak wielu teraz – nie wierzyli, że coś się ze mną dzieje nie tak. A jeśli już przyjmowali do świadomości, że choruję próbowali wciskać mi, że przecież życie nie jest takie złe.

Odsunęłam się więc od ludzi. Wciąż jednak towarzyszyła mi maska.

Maska – uśmiech. Maska – zamknięcie w sobie, przerywane momentami, gdy rozpacz była zbyt wielka by tłamsić w sobie wszystkie emocje. Maska – zapracowanie. Nie mam czasu się spotkać, taka zarobiona jestem… Co nie zawsze jest prawdą. Wiele czasu spędzam na facebooku czy w innych czeluściach internetu próbują się znieczulić, odmóżdżyć, zapomnieć, w jakim świecie żyję. Jednocześnie trzymam się z dala od ludzi, z którymi kontakty kosztują mnie bardzo wiele energii. Nieważne, czy są mi oni przyjaźni czy nie.

Niemalże zawsze była maska na twarzy. W sumie od dawna jej nie zdejmowałam. Niezwykle rzadko jestem w stanie płakać. Zamykam się w sobie i nie mówię o tym, co we mnie siedzi. Czasem piszę, lecz to już nie daje takiej ulgi jak kiedyś. Chciałabym się przed kimś całkowicie otworzyć, wywalić z siebie absolutnie wszystko.

Niestety. Nie potrafię.

Obawiam się, że maska wrosła w moją twarz. I nie wiem, naprawdę nie wiem, jak ją zdjąć. I czy w ogóle warto…

***

Z czego wynika radość? Zwykle z tego, że udało mi się pokonać masę słabości, trudów, wygrać z jakimś małym kawałkiem choroby i wyjść z domu. Stąd wrażenie, że jestem chodzącą radością z życia. Jak już sobie poradzę, jest wspaniale. Jednak aby poradzić sobie z różnymi problemami potrzebuję dużo czasu i energii.

Zwykle widząc efekt nie zastanawiamy się ile wysiłku wymagało stworzenie czegoś. Dla mnie każda rozmowa jest wysiłkiem. Każdy kontakt z człowiekiem. Każde wyjście na trening. Na uczelnię. To pokonywanie siebie za każdym razem. Przekonywanie, że warto wyjść. Że może za rogiem czeka mnie coś ciekawego, coś, co pomoże mi w procesie zdrowienia.

Jedną z największych trudności jest to, że wciąż tkwi we mnie idealizm i chęć zmieniania świata na lepsze. Niezgoda na to, co złe. Każde smutne wydarzenie, każda trudność wynikająca z tego, że ludzie wolą sobie dowalić niż pomóc sprawia, że wycofuję się mentalnie. Uciekam. Umieram w środku, trochę jak Arwena, która – przynajmniej w filmowej wersji Władcy Pierścieni – stając się śmiertelną istotą zaczęła gasnąć w oczach pod wpływem rozprzestrzeniającego się w Śródziemiu zła.

Wejście w świat skomplikowanych relacji ludzkich nie było dla mnie proste, niemniej rozpoczęłam rok temu treningi szermierki i nawiązałam pierwsze przyjazne kontakty ze światem zewnętrznym po kilku latach. Ostatnie zdarzenia sprawiły, że wycofuję się, uciekając przed tym, co złego się wydarzyło.

Popełnianie błędów kosztuje. Ja popełniłam ostatnio wiele błędów. Jednak w tym wszystkim najbardziej żałuję tego, że w ogóle tak szybko wyszłam do ludzi. Że zbyt szybko zaczęłam walczyć o swoje marzenia. Teraz widzę, że to nie był jeszcze czas na to. Zbyt głęboka woda sprawiła, że zaczęłam tonąć.

***

Czuję, jak moja maska pęka. Jak wściekłość na ludzi za to, jakie piekło potrafią zrobić sobie nawzajem obudziła we mnie chęć uniezależnienia się od tego całego burdelu. Czy pęknie do końca, czy zaleczy się i będzie dalej tkwiła na mojej twarzy? Nie wiem.

Wiem tylko, że mam zamiar wziąć sprawy w swoje ręce i funkcjonować na moich warunkach.

Zaczęłam już wczoraj, podejmując decyzję o czasowym wycofaniu się z treningów. Potrzebuję odpocząć od bezpośredniego kontaktu w świecie rzeczywistym z ludźmi, nawet tymi mi życzliwymi. Ponieważ nawet oni i nawet obcowanie z nimi przypomina mi o tych, którzy tacy życzliwi nie są. Tych, do których postępowania póki co nie potrafię się zdystansować. Mam nadzieję, moi mili Szermierze, że w kwietniu się zobaczymy z powrotem.

Dziękuję za słowa wsparcia. To one sprawiły, że nie porzuciłam szermierki zupełnie. Że stwierdziłam, iż potrzebuję chwili oddechu. Że nie chcę kompletnie uciec, lecz szukam siły do zmierzenia się z sytuacją i wyciągnięcia z niej wszystkiego, co się da. Proszę, bądźcie ze mną dalej. Nawet, jeśli „tylko” przez internet. Potrzebuję Was. Słów otuchy, przytulenia gdy się spotkamy.

To mi da siłę. A przede wszystkim – będzie dla mojego pogubionego umysłu znakiem, że nie warto uciekać, ponieważ są tacy ludzie, dla których jestem po prostu ważna. Którym nie jest obojętne czy jestem na tym świecie czy nie.

Źródło zdjęcia: calca via Foter.com / CC BY-NC-SA

Share on Facebook3Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone