Czas pogardy (29 marca)

Poświąteczny wtorek. Telewizor włączony. Trwa przerwane na krótko świętami sprzątanie.

Zrobiłam dziewięć czy dziesięć prań, już nie pamiętam ile dokładnie. Od dwóch tygodni sprzątam metodycznie każdy centymetr sześcienny pokoju. Pokonuję swoje ograniczenia, choć jest ciężko. Ot, przed i po świąteczne – czytaj: wiosenne – porządki alergika. Roztocza kurzu dokuczają tak, że noszę maseczkę. Skóra na rękach jest tak przesuszona, że nie nadążam z jej natłuszczaniem. Zaczęłam więc wykonywać różne prace w rękawiczkach nitrylowych.

Kurz lata, ja na szczęście nie jestem prawie zakatarzona. Ręce niebawem powinny wrócić do dobrego stanu.

A ja? Kiedy ja wrócę do dobrego stanu?

***

Moje drogi z Łotrzykiem rozeszły się. Moja decyzja. Nie byłam w stanie. Chyba najbardziej przeszkadzało mi to, że żyłam w ciągłym napięciu.

Te następujące jedna po drugiej porażki spowodowały, że byłam przygaszona, rozbita i czułam się, jakbym miała z siedem tysięcy lat. Dla zasady nie wypadało narzucać mojego żałosnego, poobijanego ja uroczemu Giovanniemu bez skazy. (Elizabeth Gilbert, „Jedz, módl się, kochaj”)

Jeszcze długo będę się zastanawiać, czemu podjęłam taką decyzję. Póki co to, co zadecydowało to to, że w dużym stopniu odnajduję się w powyższym opisie. Czuję się po latach zmagań wewnętrznie przygaszona, rozbita, tak, jakbym miała z siedem tysięcy lat. „Narzucanie” mojego żałosnego, poobijanego ja uroczemu Łotrzykowi… Trudno mi było pogodzić się z tym, że wciąż jestem cieniem dawnej siebie. Zbyt wiele kosztowało mnie to, by być w relacji i skutecznie szukać siebie, do czego potrzebuję zaczerpnięcia sił i pomysłów z głębi siebie. Potrzebuję w tym zadaniu wsparcia, a nie intensywnych wpływów z zewnątrz, rad i tym podobnych…

Owszem, sprawa jest nieco bardziej złożona. Tym bardziej, że wejście w tę relację wywołało falę zdarzeń, tak jak wrzucenie kamyka do jeziora sprawia, że na powierzchni pojawiają się zmarszczki. Potrzebowałam trochę czasu, by uporządkować sobie ostatnie zdarzenia w głowie.

Póki co nie potrafię zaufać ludziom. Do kilku osób mam ograniczone zaufanie, można powiedzieć – wiszące na włosku. Zaczęłam za to ufać sobie i to jest duży plus w tym całym bałaganie myślowym.

Łotrzyk pilnował, żebym brała leki trzy razy dziennie. Zniknął on i zniknęło wsparcie. Więc teraz radzę sobie sama. Tzn. nie do końca sama, ponieważ Wiedźma zaczęła mi truć duszę w tej materii i jestem jej ogromnie wdzięczna – może nie biorę tych cholernych leków tak regularnie jak powinnam ale sam fakt że wiem, że zapytasz sprawia, że znowu wdrażam się w myślenie „weź leki”. Weź pigułkę. Weź posiłek dla astronauty. Kolejne nazwy zapewne pojawią się niebawem.

***

Z Łotrzykiem i sprawami ‚okołosercowymi’ problem jest taki, że jak wchodzę z kimś w relację moje życie nabiera tej cząstki sensu, której mi brakuje. Jest coś niesamowitego w byciu z kimś. Po prostu. Ostatnie zdarzenia dobitnie przypomniały mi o moim noworocznym, złamanym postanowieniu by przez rok nie angażować się w żadne relacje. Przyjaźń – tak. Poznawanie ludzi, jak najbardziej. Wspólne spędzanie czasu – ok. Niemniej nie popełnię tego błędu. Będę brutalna. „Jak kocha to poczeka”…

Po prostu za bardzo zabolało.

Całokształt. Spotkanie i szybkie zaangażowanie, wbrew moim przeczuciom. Otrzymane wsparcie, które skończyło się z dnia na dzień. Spotkanie osoby o radykalnych poglądach z którą nie byłam w stanie dyskutować, będąc trochę jak chorągiewka na wietrze. Szukanie swojego miejsca, również w temacie wiary, relacji z Bogiem, bardzo dla mnie ważne – szukanie w sytuacji zbliżającej się burzy i starcia, którego bałam się – widząc w rozmowie zagrożenie dla tego, co nieśmiało we mnie kiełkuje, a co chcę zachować.

Oj, moi katoliccy znajomi cieszą się, że zdecydowałam się zrezygnować z relacji w której druga strona zachęcała mnie do otworzenia się na seks. Tylko że ta druga strona była codziennie, a nie od święta. Nie idealizuję, całość przypomina oko cyklonu i jest szara, nie czarno – biała. Niemniej jedna myśl mi się nasuwa.

Oto zostałam w materii seksu wierna swoim zasadom, wierna wierze, wierna doktrynie. Radość?… Zostałam jednak bez tej jednej ważnej dla mnie cząstki, cząstki relacji. To ja mam trudności z braniem leków. To ja wieczorami zadaję sobie pytanie, które zadawał sobie Hamlet, błądzę myślami wokół śmierci, a nawet zdarza mi się że śnię o tym, jak umieram. W szpitalu, z powodu choroby. Odchodzę, przerywają się wszystkie nici wiążące mnie z tym światem.

***

Budzi się we mnie furia. Złość na wydarzenia i… pogarda wobec ludzi.

Ostatnie tygodnie nauczyły mnie pogardy. Do tej pory nie gardziłam ludźmi. Mogłam ich nienawidzić, złościć się na nich, płakać z ich powodu, tłumaczyć, odczuwać inne emocje i mieć setki innych myśli, ale nie było POGARDY.

Teraz jest.

Postanowiłam znów wycofać się do swego wnętrza. Nie chcę gardzić ludźmi. Choć z drugiej strony… to takie ludzkie… kolejna rzecz, która zbliża mnie do człowieczeństwa. Sprawia że czuję się osobą osadzoną w tym świecie, a nie – żyjącą na jego obrzeżach…

Sprzeczności, wiele sprzeczności…

 

 
Źródło zdjęcia seyed mostafa zamani via Foter.com / CC BY

Share on Facebook2Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone