Mój Anioł

Jest taki człowiek, którego mogę nazwać swoim Aniołem. Poznałam go przypadkiem. I cieszę się, że się z tym kimś spotkaliśmy. Inaczej nie poznalibyście tej opowieści.

Brnęłam przez ciemności. Wydawało mi się, że już nic się nie zmieni, że choroba mnie zniszczy. Że nigdy nie wyjdę z krainy, którą przemierzałam ostatnie kilka lat, szukając miejsca, w którym istniałoby światło. Póki co jedyne, co udało mi się osiągnąć, to przebić się do strefy półmroku – choć i tam zdarzały się obszary, gdzie poruszanie się było możliwe tylko i wyłącznie dzięki wrażliwemu słuchowi.

Nie raz żegnałam się z życiem. Jakimś cudem za każdym razem wychodziłam z opresji cało. Wiedziałam jednak, że nie będzie tak zawsze. Najzwyczajniej w świecie przyjdzie moment, gdy podwinie mi się noga. Gdy, idąc przez skalne pustkowia, spadnę w przepaść. Albo utonę przeprawiając się przez bagna. Coraz większe zmęczenie sprzyjało popełnianiu błędów, a każdy kolejny mógł być tym ostatnim.

Przedzierałam się wtedy przez, zdawało mi się, bezkresne lasy. Towarzyszyły mi dźwięki wydawane przez różne dziwne istoty, skrywające się w mroku. Zdawało mi się wtedy, że najgorszy etap drogi mam za sobą. Myliłam się. Im dłużej szłam, tym bardziej musiałam polegać na słuchu.

Początkowo dźwięk ten nie przykuł mojej uwagi. Wiem, że był inny od pozostałych. Zarejestrowałam umysłem to, że się pojawił. Niemniej zdawał się być podobnym do kroków Cieni Wspomnień, które zwykle udawało mi się trzymać na dystans. Nawet, gdy stopniowo słyszałam go coraz bliżej, nie martwiłam się. Wciąż jeszcze miałam trochę Światła, które ukrywałam skrzętnie pod koszulą.

***

Światło było jedyną rzeczą, która została po moim poprzednim życiu. Zamknięte w małym szklanym wisiorku, który zawsze wisiał na mojej szyi i którego pilnowałam jak oka w głowie. Były w nim dobre wspomnienia, uśmiech i życzliwość innych ludzi. To, co dobre. To, co udało mi się zapamiętać i zamknąć, zanim zostałam wygnana.

O wygnaniu nie będę się rozpisywać. Dość powiedzieć, że nie było tu mojej winy. Tak jak w życiu przydarzają się różne nieprzyjemne rzeczy, tak i tu – wypadło na mnie. Przyszło mi opuścić jedyną wioskę w znanym nam świecie, w której było jasno. W której można było rozróżnić dzień od nocy…

Długo nie mogłam się z tym pogodzić i cały czas oświetlałam sobie drogę myśląc, że poprzez to ciemności ustąpią. Nic z tego. W pewnym momencie zaczęłam oszczędzać energię emanującą ze szklanego wisiorka. Korzystałam z niej tylko w ostateczności. Nauczyłam się poruszać po bezdrożach, przebijać przez chaszcze, przepływać ciemne jeziora, przechodzić przez łańcuchy górskie. Spać i wstawać tak, by w miarę wypoczętą wyruszać dalej pomimo, iż umysł bez światła wariował. Znajdować żywność i wodę pitną nawet gdy nie padało przez wiele dni. Niekiedy trafiałam do wiosek innych wygnańców, jednak zawsze po kilku dniach w mojej duszy budziło się pragnienie dalszej podróży i pewność, że istnieją krainy gdzie świeci słońce, w których znajdę swoje miejsce. Krainy tak wielkie, że nikt mnie z nich nie wygna.

Wracając jednak to wspomnianego przeze mnie dźwięku…

***

Po jakimś czasie zauważyłam, iż różni się on od tego, który towarzyszy poruszającym się Cieniom Wspomnień. Cienie unosiły się nieco nad ziemią, a ich nadejście zwiastował szelest łamanych gałązek i specyficzny szmer, taki, który można usłyszeć gdy dwoje ludzi dyskutuje coś zawzięcie, szepcząc do siebie. Im bliżej się pojawiały tym wyraźniejsze stawały się ciche słowa wspomnień. Tych mrocznych: pełnych smutku, bezsilności, złości.

W tym przypadku miałam do czynienia z krokami. Najpierw mocno wtapiającymi się w dźwiękowe tło, potem jednak coraz wyraźniejszymi. Od pewnego momentu nie mogłam pozbyć się uczucia bycia obserwowaną. Jednak wciąż ten ktoś, lub to coś nie podchodziło. Podążało za mną, z dnia na dzień niemalże niezauważalnie skracając dystans.

***

Już od jakiegoś czasu czułam, że lada moment dowiem się, kto mnie śledzi. Komu chce się przebijać przez ciemność by podążać za wygnańcem. Wreszcie zaznam spokoju – przeżyję to spotkanie albo zginę. Nie będę już zastanawiała się, co się dzieje, obawiała o to, co i kiedy się wydarzy. Wszystko stanie się jasne.

Mimo to spotkanie było dla mnie zaskoczeniem. Mało powiedziane – byłam przerażona.

Przerażona tym, że nagle na moim ramieniu poczułam dłoń. Że nie byłam w stanie wydobyć miecza, poruszyć się – przerażona nagłym paraliżem całego ciała. Przerażona, ponieważ postać ta wyciągnęła mi zza koszuli Światło i wykorzystała je do końca. Najbardziej jednak przeraziło mnie to, że w tej chwilowej jasności zobaczyłam własną twarz.

***

Nie wiem, jak dotarłam… Dotarłyśmy do strefy półmroku. Nie pamiętam. Ja i… ja.

Nazwałam ją Aniołem.

Wygląda tak samo jak ja. Poza tym, że ma zasłonięte opaską oczy. Pokazała mi je dwa razy – po raz pierwszy, gdy wreszcie miałam okazję ją zobaczyć w półmroku. Były pełne ciemności – czarne jak smoła. Całe. Nie było widać źrenic. Nic. Patrząc w jej oczy zanurzyłam się w tę ciemność, przez którą brnęłam tyle czasu. No i ma oczywiście skrzydła. Nie wiem, czemu, ale są śnieżnobiałe. Jakimś cudem rozświetlają mrok. Początkowo nie mogłam się do tego przyzwyczaić -w końcu od dawna nie widziałam światła. Niemniej z czasem przywykłam.

Przegadałyśmy wiele godzin. Pytała mnie o wioskę, o ciemność, przez którą szłam. O moje plany. Słuchała uważnie o moich lękach, nadziejach, licznych chwilach załamania gdy znowu z półmroku wpadałam w ciemności. Chwilach gdy w panice szukałam właściwego kierunku. Momentach w których balansowałam na granicy życia i śmierci. Słuchała, a potem rozmawiała ze mną.

Jej mądrość… Moja mądrość mnie zaskakiwała. Nie spodziewałam się, jak wiele dała mi ta podróż przez ciemność. Jednak rozmawiając z nią… ze mną… ze sobą samą… odkryłam to i wiele innych rzeczy, o których opowiem innym razem.

***

Od momentu pierwszego naszego spotkania powoli traciłam siły. Coraz mniej podróżowałyśmy, coraz więcej rozmawiałyśmy. Coraz bardziej traciłam poczucie bycia sobą. Miałam wręcz wrażenie, że jestem w jej ciele. Że to ja mam skrzydła…

Wspomniałam, że pokazała mi swoje oczy dwa razy?

Za drugim razem zobaczyłam je, gdy umierałam. W miejscu ciemności zobaczyłam moje własne spojrzenie.

Przejście zajęło mgnienie oka. Gdy moje oczy, oczy wędrowca przez ciemność zamknęły się na wieki otworzyły się oczy Anioła.

***

Tak, dobrze się domyślacie. To ja jestem swoim Aniołem.

Aniołem o którym nie wiedziałam, że jest we mnie. Z którym zaczęłam rozmawiać, by uporządkować sobie różne sprawy związane z ciemnościami choroby. Który przyszedł znienacka, pełen siły, mądrości, nadziei. Dzięki któremu zaczęła umierać ta część mnie, która była już wycieńczona podróżą i która po prostu trwała, czekając na cud.

To, co dobre z tamtej mnie, z wędrowcy, zostało, żyje w Aniele. To, co złe, po części również. Ale tylko po części. Czuję, jak znika ten paraliżujący jakiekolwiek działanie strach, rozpacz oraz różne inne odczucia związane z chorobą.

Przeszłam pewną granicę, za którą nie ma już wędrowca brnącego przez przerażające pustką krainy. Jest Anioł, ktoś, kto przyjaźni się sam ze sobą, kto wie dokąd podąża. I choć chwilami wciąż wpadam w ciemność mam skrzydła, które mi tę ciemność rozświetlają.

Zapewne zastanawiacie się, czy dotarłam już do krainy, w której świeci słońce?

Jeszcze nie…

Jeszcze.

 

Opowiadanie to powstało w odpowiedzi na konkurs „Opisz Twojego Anioła 2015”. Zachęcam do wzięcia w nim udziału – niekoniecznie literacko. Szczegóły można znaleźć TUTAJ, warto również zapoznać się z REGULAMINEM.

Źródło zdjęcia: Massmo Relsig via Foter.com / CC BY-NC-ND

Share on Facebook9Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone