Świąteczno – noworocznie (29 grudnia)

Wpis ten powstaje w nocy. Tylko i wyłącznie dlatego, że Ktoś chciał dowiedzieć się, jakie mam przemyślenia świąteczno – noworoczne właśnie.

Nie mam zbyt wielu przemyśleń. Są to urywki przebijające przez dni pełne zmagań. Niestety, Mili moi, depresja to straszna suka. Jak już wydaje ci się, że zaczyna ustępować to ponownie wpi*rdala się w Twoje życie. Nie wchodzi, nie wpycha się, tylko wyważa zamknięte drzwi i wpi*rdala się. To nie jest nawet nieproszony gość – ten może co najwyżej się wpraszać. Przy depresji CBA wchodzące w środku nocy to mili panowie przychodzący na herbatę o nietypowej porze.

No więc suka się wpi*rdoliła. Wybaczcie niewybredny język. Po miesiącu ostrej jazdy mam najzwyczajniej w świecie serdecznie jej dość. I uwierzcie mi, robię wszystko co w mojej mocy by te wyważone drzwi zwyczajnie zamurować. I będzie spokój.

***

Zatem święta.

Tradycyjnie część rodziny spędziła wiele godzin, byśmy spotkali się w rodzinnym gronie. Jednak męczą mnie te spotkania. Z jednej strony widzę ludzi, z którymi nie mam możliwości spotkać się na co dzień. Z drugiej strony… Łamanie się opłatkiem i składanie sobie życzeń jest dla mnie czymś sztucznym. Niestety, za tymi słowami zwykle nie idzie chęć zmiany. Nie ma świadomości tego, jakie krzywdy wyrządzamy innym ludziom. Nie ma żalu za grzechy, które popełniliśmy wobec członków rodziny. Przebaczenia. Próby zadośćuczynienia.

Miałam na tyle odwagi, by Rodzicom złożyć bardzo krótkie „życzenia”. A właściwie – pewne wyznanie. Przeprosiłam ich za wszystkie zranienia, które im zadałam w przeciągu ostatniego roku i powiedziałam, że ich kocham. Wiem, że Oni zrozumieli, co mam na myśli. A ja pierwszy raz w życiu poczułam, że rzeczywiście przełamanie się opłatkiem ma sens. Właśnie taki. Wybaczenia i nowego startu.

Za wszelakie życzenia dziękuję i przepraszam, że nie odpisałam na większość z nich. Tradycyjnie – nie miałam siły.

***

Miło będę wspominać pierwszy dzień świąt dlatego, że po długim czasie pewnego rozłamu Siostra Zakochana w Koniach i ja rozmawiałyśmy tak, jak kiedyś. Drugi dzień świąt przyniósł mi przebieżkę z Wiecznie Nieuczesanym bratem ciotecznym. Przyznam, że podziwiam jego upór i chęć biegania. Ja ledwo przebiegłam trzy kilometry. Tego samego dnia nawiedziłam Siostrę Nożowniczkę. I mogłam doświadczyć tego miłego uczucia bycia u kogoś w domu gościem oczekiwanym.

Zatem w tym roku mam kilka wspomnień, nietypowych ze względu na różne rodzinne sytuacje. Chwil, które dla mnie uratowały tegoroczne święta.

A. W te święta nie przytyłam. Też pozytyw.

***

Zbliża się sylwester. Nie mam zbytnio ochoty na imprezowanie. Jestem zmęczona. Ostatnio kiepsko sypiam. Wojuję z chorobą. Nie mam nastroju, po prostu. Z jednej strony wiem, że czekają mnie chwile spędzone w gronie życzliwych mi ludzi. Z drugiej jednak wiem również, że to co nas łączy w większości przypadków jest tymczasowe. Ma miejsce w czasie treningów, na imprezach, ale nie ma przełożenia na rzeczywistość, z którą się zmagam.

Wiem, że każde z Was ma własne życie. Że spotykamy się w tym samym miejscu i czasie, nitki naszych losów się zawiązują. Z drugiej strony wiem, że nie będzie Was przy mnie gdy będę potrzebowała pomocy. I nie chodzi mi o to, że nie chcecie pomóc, ponieważ większość z Was przejmuje się tym, co się ze mną dzieje.

Po prostu moja walka weszła w taką fazę, gdzie jestem ja i choroba, nic pomiędzy nami. Trochę przypomina mi to sytuację w której był Frodo, gdy dotarł do Góry Przeznaczenia. Oglądając film widzimy, jak niosąc ogromne brzemię pierścienia traci powoli samego siebie. Tak, że pod koniec drogi nie ma w nim nic. Jest tylko on i – za cienką zasłoną – Sauron z całą swoją ciemną mocą.

Sam i Gollum, dwie istoty będące skrajnie różne w tym momencie akcji, przyczyniają się do unicestwienia pierścienia, a przez to – ratują Froda. Doświadczenie całej podróży zmienia naszego bohatera. Po wielu dniach balansowania na granicy życia i śmierci zostaje wciągnięty z powrotem do życia.

Nie wiem, kto mógłby podjąć się roli Sama w sytuacji, w której ja jestem. Nawet jeśli znajdą się chętni pozostaje pytanie – w jaki sposób możecie mi pomóc?

Ja tego nie wiem… Nie mam już pomysłów… Modlę się o jeden cud. Możecie się również modlić o to, by się on wydarzył. Im szybciej, tym lepiej.

***

Czekam na nowy rok i na zmiany, które przyniesie. Po raz pierwszy od dawna mam nadzieję. Nadzieję na te zmiany, na wygranie z chorobą. Bez tej nadziei nie walczyłabym. Mam nadzieję, choć osoba, która tę nadzieję obudziła chwilowo zniknęła z pola widzenia. Osoba… Nazwijmy tę osobę „Twórca”.

Twórca pokazał (a może pokazała? Nie zdradzę. Zachowam formę męską ze względu na to, że słowo twórca jest rodzaju męskiego) mi, jak mogę żyć. Dzięki rozmowom z nim nabrałam apetytu na życie. Mądry człowiek. Jeśli wyjdę z choroby – a nadzieja i wiara w to, że tak będzie, rośnie – będę to zawdzięczać sobie, ciężkiej pracy którą włożyłam i wkładam w zmianę. Jednak w cieniu pozostanie architekt. Twórca.

Nieopisany, cichy. Ktoś, komu będę za bezcenne rozmowy wdzięczna do końca życia.

***

Koniec urywków. Mięta zaczęła działać i wreszcie oczy mi się zamykają, a myśli uciekają w krainę snu.

Mam nadzieję, Ktosiu, że zaspokoiłam Twą ciekawość i że nie czujesz się zawiedziona, czytając ten wpis. Śpij dobrze. 🙂

Źródło zdjęcia: gnuckx via Foter.com / CC BY

Share on Facebook0Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone