Chyba przegięłam… (9 listopada)

Siedzę i pracuję. A właściwie próbuję siedzieć. Pozycja, w której mam wyprostowane plecy sprawia mi ból.

Oczywiście, wszystkiemu winna jest szermierka, a jak! Walcząc na go-nowy nie miałam takich problemów. Ot, zdarzały się mniejsze bądź większe siniaki, czasem było też trochę problemów z nadgarstkiem, gdy wykonywałam w ramach zajęć z choreografii tak zwane „formy” (konkretny układ ruchów broni) z użyciem federa. Kolana zaczęły marudzić przy okazji intensywnej pracy nóg przy szpadzie, ale jazda bez trzymanki rozpoczęła się dopiero, gdy przerzuciłam się zupełnie na walkę na stal.

Jest to o tyle upierdliwe, że dla dobra swojej wątroby nie biorę leków przeciwbólowych. Ponadto chodzę cały czas lekko wkurzona. Niektórzy już mieli okazję przekonać się, że ostatnio nie mam nastroju do żartów 😉 Nie zmienia to faktu, że mam nieustający „zaciesz” z trenowania szermierki i nie zamieniłabym jej na żaden inny, nietraktatowy sport ^_^.

Jednak chyba ostatnio przegięłam z intensywnością treningów. Pomimo założenia tzw. tape’ów lewy nadgarstek odmawia posłuszeństwa. No i te plecy… Normalnie czas umierać! Byle z federem w ręce 😉


Dzisiejszy dzień przyniósł masę drobnych sukcesów. Obudziwszy się o godzinie siódmej po niecałych siedmiu godzinach snu, podpierając się rzęsami dobrnęłam na uczelnię – w ramach swego rodzaju eksperymentu poznawczego. Okazało się, że dałam radę, z czego jestem mega dumna! Przy okazji doświadczyłam dobrodziejstwa siedzenia za zasłaniającym moją osobę filarem. Dzięki niemu oraz dzięki temu, że prowadząca wykład osoba stała w miejscu mogłam zdrzemnąć się jakieś pół godziny. Dziękuję przy okazji studentom, którzy mnie nie obudzili, choć mogli ze względu na to, że moja niespodziewana drzemka zablokowała przepływ listy obecności 😉

Po zajęciach wypożyczyłam książkę, kupiłam płyn do soczewek (duży sukces biorąc pod uwagę, jak ciężko ostatnio przychodzi mi wyjście do sklepu po cokolwiek). I tak się złożyło, że otrzymałam od Mistrza zadanie specjalne. Jakimś cudem udało mi się zdążyć na czas i temat ogarnąć. Wymagało to jednak ode mnie zmiany planów – zaadaptowania się do konkretnych okoliczności. To jest coś, nad czym obecnie pracuję. Czasem to, że coś się zmienia w układzie dnia potrafi sparaliżować moje działania. A dziś akurat nie. Sukces!

Kolejny sukces – mimo napiętego planu dnia poszłam do sklepu i kupiłam dla Babci cytryny. Babcia zupełnie zapomniała o ich zakupie pod wpływem niespodziewanej ulewy. A ja poszłam i kupiłam, tak po prostu!

Normalność wraca 🙂


Ostatnio przestałam przeglądać tak uważnie facebooka. Wyłączyłam czat (co do tej pory było dla mnie nie do pomyślenia) i nie scrolluję kompulsywnie tablicy. Jednym z argumentów jest to, że zewsząd atakują mnie informacje o zaręczynach, ślubach, narodzonych dzieciach i tym podobne. Życie, którego mi po części brakuje. Jednak ważniejsze jest co innego – ostatnio za sprawą znikającego znienacka internetu (na pewno to sąsiedzi kradną sygnał!) odzwyczajam się od mediów społecznościowych. Nie powiem – jest mi z tym bardzo dobrze ^_^.

Inna sprawa, że przestaję unikać życia w realnym świecie. Już aż tak się nie boję.

Ale to historia na inną opowieść 😉

Źródło zdjęcia: clemsonunivlibrary / Foter.com / CC BY-NC

Share on Facebook3Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone