20 października 2015

Pogoda jaka jest, każden widzi. No i niestety, ale moja depresja zdaje się nabierać sił.

W niedzielę było tylko leżenie w łóżku. Cóż, bywa. Pierwszy dzień brania antybiotyku – leczenie domowymi sposobami niestety nie pomogło. Poza tym było szaro, jak zwykle.

Wczoraj już mi się wydawało, że odżyłam, ale znowu zapadłam się w szarość. Nawet na trening pojechałam z dziwną dla mnie niechęcią. Wiem, trenowanie kiedy bierze się antybiotyk nie jest najlepszym pomysłem. Jednak mimo wszystko lepszym niż zapadanie się w sobie.

Dziś ustanowiłam rekord spóźnienia na zajęcia w tym roku akademickim. 25 minut. Zaczęłam się zastanawiać, czemu dzieje się tak, że nieważne jak wcześnie wstanę i tak się spóźniam na uczelnię. Na pewno po części winne jest moje podejście do uczelni, która kojarzy mi się z dość mrocznym okresem mojego życia. Niemniej… Ostatnio NAWET na treningi wychodzę z domu za późno…

Jest jesień. Mniej słońca. Dla mnie – kłopoty. Widzę, jak rośnie moja niechęć do jakiejkolwiek aktywności. Widzę i boję się. Nie chcę znowu zapaść w depresyjny marazm. Jeszcze mam w sobie wolę walki, nawet dość dużą, jednak z tyłu głowy już pojawia się pytanie – na ile dużą? Na ile czasu wystarczy?

Zaczynam się bać.

Od marca tego roku przeszłam długą drogę. Wiele się w moim życiu zmieniło. Ale ten lęk z tyłu głowy wciąż jest. I obudził się właśnie teraz, gdy chcę działać. Przypomniały mi się zeszłoroczne zmagania i fakt, że bez zaświadczenia od psychiatry nie zaliczyłabym kilku przedmiotów w semestrze zimowym. Na niektórych przedmiotach miałam zbyt wiele nieobecności Na jednym egzaminie zupełnie się nie pojawiłam. Nie byłam w stanie wstać z łóżka. Brzmi zabawnie, ale mi nie było wtedy do śmiechu.

Nadszedł wieczór, kiedy wiem, że według wszelkich zmiennych powinnam czuć radość, kiedy – jeszcze kilka dni temu w podobnych okolicznościach – czułabym radość, a jednak pojawia się pustka.

Chcę krzyczeć – pomocy! Ale boję się, że nikt nie usłyszy. Więc tylko tutaj piszę i żyję sobie, zaniepokojona. Pełna obaw. I nie, nie są to obawy na wyrost. Po prostu jest jesień – czas, który dla każdego kto cierpi na podobną jak ja przypadłość oznacza więcej zmagań z chorobą.


Z pomocą przyszedł Fiore dei Liberi, który przepytał mnie na okoliczność swego traktatu.

Przyznam, że spędziłam na poszukiwaniu odpowiedzi dobre 40 minut, wliczając w to dyskusję z Michałem – Wilkiem. W efekcie doszliśmy do tego, że Fiore, Wilku i ja wynaleźliśmy zupełnie inne odpowiedzi.

Wilku, pilnujcie mnie żebym zaglądała do traktatów. Żebym przychodziła na treningi. Żebym każdego dnia miała kontakt z szermierką, w ten czy inny sposób. Bez tego będzie słabo.

Na koniec wpisu – od Wilka – kawałek Fiorego w tej XXI wiecznej, chwilowo szarej, rzeczywistości.

 

Źródło zdjęcia: geirt.com / Foter / CC BY

Share on Facebook11Tweet about this on TwitterShare on Google+0Pin on Pinterest0Share on LinkedIn0Email this to someone